niedziela, 17 maja 2015

"Czas jest po to, aby go tracić,

pieniądze po to, aby je wydawać." Taka konkluzja z przechadzki z koleżanką A.

- Przepraszam... tyle straciłaś przeze mnie czasu - to P.
- A po co ja mam czas? Po to, aby tracić go z Tobą :D - to ja.

W tym się zgadzamy z A. Chcemy się spotykać z ludźmi, chcemy podróżować, chcemy spędzać czas tak, jak chcemy i studiować to, co lubimy. Spacerowałyśmy, rozmawiałyśmy, o tym i tamtym - praktykach w szkole, książkach dzieciństwa, językach obcych, nauce, zafascynowaniu światem, podróżach, planach na wakacje, mojej chorobie :( , znajomych, związkach - jak to dziewczyny. Jak dobrze, że nie jestem sama. Koleżanki to też skarb, nawet kiedy jest to taka niezobowiązująca relacja :)

Jestem ostatnio szczęśliwa. Pomimo powracających bólów brzucha, groźnie zbliżającej się sesji, wiszącego nade mną licencjatu, mniejszych i większych codziennych kłopotów. Chyba dzięki P. i jego wsparciu, cieszę się, że nie jestem sama, że mam po co żyć. I wciąż na nowo się zakochuję. :)

A właśnie teraz przyrządziłam sobie koktajl owocowy: wersja light :D Z powodu moje choroby nie mogę pisać soków ani jeść surowych owoców. Nie mogę także mleka krowiego. Moja wersja: kompot, truskawki z kompotu i mleko sojowe :D Pycha :D

Trzeci rozdział licencjatu wysłany. Co powie promotor?

piątek, 8 maja 2015

trochę o miłości, trochę o słabościach

Plasuje się pomiędzy dwiema skrajnościami. Jednym z nich jest postawa: "nie potrafię kochać", bo czuję pustkę, którą zwalczam stwierdzeniem, że miłość to nie uczucie, lecz decyzja. A już decyzję to każdy człowiek może podjąć nawet, gdyby miało to zająć trochę czasu. I jest jeszcze druga postawa dyktowana chyba moja emocjonalnością. Tak jak i przeżywam raz na kilka miesięcy, czasem częściej, ponowne nawrócenie, tak przeżywam i ponowne zakochanie.

Nie wiem, czy ktoś też tak ma, ale nic mnie nie zbliża tak do P. jak znajomość jego wad. Generalnie u mnie zdobywa się plusiki, odsłaniając słabe strony. Nie lubię mocarzy. Naturalnie wiem, że nie ma ludzi bez wad, niektórzy dobrze je ukrywają bądź ich po prostu nie znam.

Słabość... trzęsące się ręce przed wystąpieniem, nieśmiałość, niezgrabny chód, jakaś choroba, jąkanie się, problemy emocjonalne - lubię obserwować ludzi. Chciałabym, aby zrozumieli, że wada może być atutem, powodem do sympatii, może zbliżać. Lubię, a czasem kocham ludzi za ich słabości. To właściwie trudne do wytłumaczenia, bo przecież się nie cieszę, że je mają. Jak można radować się, widząc czyjąś ranę? I nie jest to współczucie, absolutnie! Jestem wielką przeciwniczką litości czy udawanego współodczuwania. Nigdy nie wiemy, co drugi człowiek naprawdę czuje (no chyba, że to nasza druga połówka, o czym za chwilę), więc nie możemy niczego odczuwać.
Więc czasem zbierają się we mnie pokłady uczucia. Dużą część przelewam na P.  (chociaż zdarza się, ze ofiarą zostanie przyjaciółka albo nawet jakaś mniej lub bardziej znajoma osoba).

Jestem aż zawstydzona jego miłością do mnie i bywa, że się boję, że stanę się bożkiem. Co ja mogę? Staram się zawsze kierować delikatnie w kierunku Boga prawdziwego, w miarę możliwości. To pewnie normalne, że kobiety są bardziej religijne ze względu na uczuciowość?
Nigdy nie myślałam, że można tak kochać. I że jeszcze to ja. Widzę w jego oczach wszystko, wszystko. On w moich zresztą też. Znamy się na wylot, znamy w sobie wszystko. Czasem ta znajomość aż boli, ale jednocześnie wzmacnia więź. To taka odpowiedzialność. Piękna i trudna odpowiedzialność.

A teraz wracam do licencjatu. O, świecie, proza życia. Tak myślę nad życiem, że wstałam dziś o 5.30 i za nic nie mogłam znowu zasnąć. Za godzinę wychodzę z domu. I tak, teraz to chce mi się spać, a jakże.