poniedziałek, 31 grudnia 2012

Podsumujmy rok ;)

I rok 2012 dobiega końca. Choć wydawało mi się to niemożliwe, pędził szybciej niż 2011, a ja zmieniłam się jeszcze bardziej. Wydoroślałam? Raczej nie, wydaje mi się, że jestem jeszcze większym dzieckiem niż w latach poprzednich... Więcej kłamałam, ale też stałam się bardziej niezależna- nawet nie w sensie, że niezależna od rodziny, bardziej od siebie i od ludzi, którzy nie umieją dać mi tyle, ile bym chciała.

Jeżeli ktoś nie kocha cię tak jak­byś te­go chciał, nie oz­nacza to, że nie kocha cię on z całego ser­ca i po­nad siły. (Gabriel Garcia Marquez)

Styczeń był miesiącem studniówki. Nie wspominam jej z sentymentem, ale też nie powiem, że bawiłam się beznadziejnie. Dobrze się bawiłam i tej nocy nie płakałam, co mi się często zdarza na wszelkiego rodzaju imprezach.

Oblałam prawko: w styczniu, w marcu i w czerwcu. W sierpniu zdałam, choć już straciłam nadzieję. Stwierdziłam, że wszystko jestem w stanie zrobić.

I to chyba prawda. Mogę zrobić wszystko. Tylko, że nie chcę. Ciągle słyszę od ludzi, że oni chcą wypróbować wielu rzeczy w życiu. Ja jestem chyba jakaś dziwna, bo... nie chcę. Nie potrzebuję żadnego doświadczenia, aby poczuć, że wykorzystałam je do cna. Nie chcę korzystać, nie chcę brać, prędzej mogę coś dać, zrobić, pomóc, poczuć się potrzebną. Być obok, obserwować cicho ten świat, przechodzących i biegnących ludzi.
Chcę czuć się bezpieczna i kochana.

Uczyłam się do matury, denerwowałam się... myślę, że napisałam nie najgorzej. Teraz czeka mnie sesja- wydaje się być gorsza od matury, ale czy taka będzie, zobaczymy. ;)

Byłam w moim Rzymie i zaczęłam studiować w moim Krakowie. W dodatku: zdecydowałam się na historię. ;)

Zabujałam się chyba ze dwa razy, co by za nudno nie było. Zostanę pewnie starą panną i będę miała gromadkę kotów zamiast dzieci, ale przynajmniej na razie żyję złudnymi marzeniami. ^^

***
Dziś jestem chora. Na Sylwestra żadnego nie pójdę, ale to dobrze: mam przynajmniej czas, aby pracę napisać.

***
A Nowy Rok właściwie już się rozpoczął... Rok wiary. To naprawdę będzie rok WIARY dla mnie. Sprawdzian, czy wśród samotności i problemów dnia codziennego będę przy Bogu.

Wierzę. To takie oczywiste dla mnie. Bóg jest, prawdę mówi Kościół Katolicki. Wiara chrześcijańska jest dla mnie  p i ę k n a.
Jest jedno maleńkie "ale". Tym "ale" jestem ja. Gdybym była kalwinką, powiedziałabym tak: "to wszystko prawda, ale ja akurat należę do tych potępionych. Nie mam do nikogo pretensji, tak wyszło. Niektórzy muszą, aby inni mogli być predestynowali do zbawienia". Ale nie jestem. Predestynacja do mnie nie przemawia, nie pasuje mi do obrazu sprawiedliwego i miłosiernego Boga...

Jestem  g r z e s z n i c z k ą.

Bóg mi dał tak dużo, a ja z premedytacją idę swoją ścieżką. Daleko. Poza.

***
Filmowo:

Byłam na Hobbicie! Film bardzo tolkienowski... i dla mnie osobiście lepszy od książki, która zdecydowanie jest dla młodszego czytelnika.
Wzruszyłam się parokrotnie, muzyka piękna, przestrzenie zapierające dech w piersiach.





Nie trzeba (chyba) nikomu przedstawiać. Jane Austen jest ponadczasowa. Romantyczny, nostalgiczny film. Tylko łzy lecą zawsze, gdy Jane wraca dorożką do domu i widzi w tylnej szybie Lefroy'a.










Po wieczerzy wigilijnej i śpiewaniu kolęd odkryłyśmy z mamą nową bajkę. ;)
Niko -renifer samotnie wychowywany przez matkę- ma wielkie marzenia- pragnie odnaleźć ojca, fruwającego w zaprzęgu św. Mikołaja i sam nauczyć się fruwać. Pomimo trudności... dąży do celu. Spełnienie marzeń będzie jednak wyglądać inaczej niż oczekiwał tego Niko.




Bajka świetna i dla dorosłych- rozbawiły mnie wątki ukazujące reniferów- kawalerów, wiecznie bawiących się chłopców. Jeszcze na Pasterce nie mogłam powstrzymać uśmiechu, jak trafnie bajka ukazała nieodpowiedzialność mężczyzn.
- Odwiedzisz ze mną mamę?
- Nie mam czasu. (faktycznie nie miał- spędzał wszystkie dni na zabawie ze swoją ferajną)
Takie prawdziwe. xD

***
Książkowo, czyli zakończmy cytatem:


"Całe nasze istnienie jest z natury jedną wielką potrzebą- niepełnym, prymitywnym, pustym i pogrążonym w odmęcie wołaniem do Tego, który potrafi ułożyć i uporządkować nasze wnętrze."

sobota, 22 grudnia 2012

Przedświątecznie

"Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu."
Ten cytat chodzi za mną już od paru dni. Niby w to wierzyłam, ale już zdążyłam się przekonać, że rzeczywistość zmywa złudzenia i staję taka, jaka jestem przed każdym dniem. Nie potrafię patrzeć sercem.

***
Przeczytałam kolejną powieść C.S. Lewisa. Powieść, w której autor woła do Boga: dlaczego? Ceniony człowiek w świecie nauki i apologeta chrześcijaństwa przyznaje, że nic nie rozumie. Wszystkie filozoficzne teorie rozsypują się w drobny mak, gdy przychodzi cierpienie.

"Jeden Bóg wie, ile w mojej wierze było wyobraźni, a ile w mojej miłości egoizmu." Sparafrazowałam to zdanie, pisząc w pamiętniku: Jeden Bóg wie, ile w mojej wierze JEST wyobraźni, a ile w mojej miłości JEST egoizmu.

Powieść wstrząsnęła szczerością.

 ***
Nie wiem, co mogłabym opowiadać o sobie, swoich doświadczeniach, radościach i smutkach. We mnie wiele się dzieje, lecz tylko wewnątrz, na zewnątrz jest cisza.

Rekolekcje były. Spowiedź była. I zdania dwa zapamiętane:
1) A co Ty będziesz robić, jak dorośniesz? (zasłyszane w kościele dominikanów)
2)  Strach przed czymś to bałwochwalstwo, bo z tego czegoś robisz Boga. On jest wszechmogący i silniejszy od tego, czego się boisz. (w kościele św. Anny)

Papieskie "nie lękajcie się" nabrało dla mnie nowego znaczenia. Potrzebne były mi te słowa, mnie ciąganej po psychiatrach, mnie z zapisanymi w kartotece choroby stanami lękowymi. Mnie, wszystkim się przejmującej i za każdym silniejszym podmuchem wiatru: drżącej.

***
Dzieliłam się opłatkiem, nosiłam go ze sobą na uczelnię od środy do piątku, przez trzy dni. Łamał mi się między zeszytami, sypał. Taka nieporadna jestem. ;) Ale jest dobrze, świątecznie.

Wesołych Świąt! :)

piątek, 14 grudnia 2012

:)

Chciałabym poinformować, że żyje mi się dobrze i wszystko jest w porządku. :) Dłuższa absencja na blogu oznacza zwykle dobry czas, gdyż nie mam potrzeby ani żalić się, ani dzielić się swoją pesymistyczną filozofią.

Bądźcie szczęśliwi! Christmas is coming.

"Bądźcie gwałtowni, bo ludzie gwałtowni zdobywają królestwo niebieskie".

niedziela, 9 grudnia 2012

Nie należę do ciebie, chory świecie.

Czekam na Niebo, na nowy świat, nowe życie. Chcę tego końca świata, którego 21. grudnia nie będzie. Nie boję się Apokalipsy. Ufam. Czekam... na śmierć? Nie wiem, czy to jest normalne. Może to chęć ucieczki, nie wiem. Z drugiej strony w chwilach największego szczęścia najgłośniej wołam: "Jestem szczęśliwa. Chcę umrzeć. Teraz."

Powinno się umierać właśnie wtedy, kiedy jest się najszczęśliwszym. (Kroniki anielskie)

 [Egoizm. Bo tylko o sobie wtedy myślę... Bo ja tęsknię. Bo ja chcę. Bo ja czuję się uwięziona w ludzkim ciele. Bo ja pragnę czegoś więcej. Ciągle tylko ja i ja.]




piątek, 7 grudnia 2012

Pierwszy Piątek i po Mikołajkach :)

Tempora mutantur et nos mutamur in illis.
Ten cytat zawsze będzie mi się kojarzył z pewną młodzieżową książką: Gorycz Sławy. Nieznana bliżej, wydana w latach 60., znaleziona w biblioteczce mamy. Kiedy czytałam, irytowała mnie, była trudna w odbiorze, pełna filozoficznych dygresji, nieco oniryczna i dekadencka. Opowiadała prostą historię chłopaka, który pragnął być wyjątkowym i przez wszystkich podziwianym. Ponieważ też miałam (i chyba nadal mam) takie sny, brałam wszystko za bardzo do siebie. Teraz przypominam sobie na równi z ulubionymi powieściami frazy i wydarzenia ze znienawidzonej książki. Wszystko pozostaje w nas, chociaż czasy się zmieniają.

Zdaję sobie sprawę, że mój blog stał się śmietniskiem wszystkich moich żalów i "ale" do życia. Nie planowałam prowadzenia scricte pamiętnika w Internecie, bardziej czegoś, co pozwalałoby mi poznać inną siebie. I pisać. :)

"Panie, spraw, abym nie tyle szukał pociechy, co pocieszał; Nie tyle szukał zrozumienia, co rozumiał; nie tyle szukał miłości, co kochał."

Pierwszy Piątek. Czyli: zaczynamy miesiąc od nowa. Zaczynamy życie od nowa. Budujemy cały świat od nowa. Z Panem Bogiem.

***
Chcę dawać. Lubię dawać. Chcę czuć się potrzebna. Kiedyś w jakimś psychologicznym teście wyszła mi, że jestem "dawcą". Może i trochę prawdy w tym jest. Co nie umniejsza mojej pustki i samotności, kiedy w piątek siedzę sama w mieszkaniu. Podgrzewam mleko, piję mleko, piszę tę notkę. Tyle.

Dziękuję za miłe słowa, mh. :)

***
Internetowe rekolekcje: http://www.mocneslowo.pl/

środa, 5 grudnia 2012

Tylko pytam

Czy dla mnie jest przewidziane jeszcze szczęście albo choćby szczęścia cień? A może już za późno?
Znów smutno mi. :(

środa, 28 listopada 2012

Dobrze jest.




Piękne skrzypce, prawda? 


Życie jest w porządku. Postaram się nie marudzić. 
Kolokwia zaliczone- idzie wszystko dobrze. :)

Tylko te relacje międzyludzkie są... dziwne.

wtorek, 27 listopada 2012

list? do św. Mikołaja?

Drogi Święty Mikołaju,

Dostajesz co roku tyle listów, w których dzieci piszą, o czym marzą. One wiedzą, czego chcą. Też kiedyś wiedziałam (maskotki ze Stumilowego Lasu, później filmy Disney'a, następnie książki Lucy Maud Montgomery). Teraz... nie wiem nic. Pustka totalna.

Nie wiem, czego chcę od życia. Usłyszałam w zeszły czwartek pytanie: "Czego chcesz od życia? Czy robisz teraz to, co chcesz?" Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. To pytanie było tak trafne, tak dopasowane do mnie. Czy po mnie naprawdę widać, że jestem taka niezdecydowana, niepewna i że nie wiem, czego chcę? Może widać. Może naprawdę widać, co ukrywam pod uśmiechniętą twarzą.

Powinnam być zadowolona. Może nie jestem dzieckiem szczęścia (raczej dzieckiem pechu), ale jestem w sumie zdrowa, niebrzydka i zdolna, dostałam się na studia, nie brakuje mi kasy, mam kochającą rodzinę, przyjemne mieszkanie w magicznym Krakowie, koleżanki, przyjaciółki w mieście rodzinnym (kolejność przypadkowa). Może jestem za wrażliwa, zbytnio się przejmuję, często mam migrenę i depresję. To nie są jednak powody do tragedii. A ja chodzę jak Hamlet, któremu zamordowano ojca.

Muszę zmienić siebie. I chcę, chcę się zmienić. Chciałabym zaczynać każdy dzień z myślą: "dziękuję Ci, Boże, za nowy dzień". A zaczynam, jak? "O mój Boże, już rano? I ja mam wstawać? Już mam dosyć. Zapomniałam, kiedy był weekend. Znów się nie wyspałam. Dlaczego łazienka jest zajęta?! Nie zdążę na zajęcia! O której autobus?! Gdzie jest moja kartka z autobusami?! Raz, dwa, zabieramy się, o nie, zapomniałam kluczy!" Wiem, zabawne. Ale też dramatyczne. Jak wiecznie uszczęśliwiana córeczka Boga może tak podchodzić do daru, jakim jest kolejny dzień?...

Jestem świetną teoretyczką, ale dobrze żyć nie umiem.

Zadajesz pytanie, to odpowiedz mi też. Czego ja chcę? Czego ja pragnę? I- kim ja jestem?

Nie wyszedł z tego list, ani trochę, ale kicham na formę. Bo forma jest tylko i wyłącznie ograniczeniem.

Smutno mi. Zbliża się Adwent. Czy będzie dla mnie radosny? Czy będzie? :)

czwartek, 22 listopada 2012

Nie rozumiem!

Nie rozumiem. Ludzie są tak dziwni, że ich nie rozumiem. W moich oczach świat wygląda inaczej. Nie wiem, chciałabym być czasem kimś innym, aby zacząć rozumieć.

Zabawny dzień. Jutro: same języki obce. W tym francuski, na który nic nie umiem. Co ja robię w grupie "A1 3 semestr", to ja nie wiem. ;) Chyba się uczę, co innego robić mogę. ;)

...
I jeszcze zastanawiam się nad jednym. Co ze mną jest nie tak, że wszyscy mi mówią: "Karolina, ja się tylko z Tobą koleguję". W różnych formach, przez aluzje i dosłownie. Czy wyglądam na taką, która ma na coś nadzieję? A jeśli by tak było, po co mi to mówicie, ludzie? Żeby mnie dołować? Żeby uświadomić mi, że jestem beznadziejna?

Nie rozumiem. Tyle myśli biegnie, ucieka... Piszę, bo nie umiem już... Nie wiem. Nie rozumiem.

Wiem, że w przeszłości zraniłam. Nie zrobiłam tego specjalnie. Ile ma trwać kara???... Nie mam już sił. Mnie naprawdę nie interesuje tysiąc powierzchownych relacji.

środa, 21 listopada 2012

Mój Anioł Stróż ma ze mną szereg problemów. Otóż, w każdym dniu potrafię znaleźć coś, co mi nie pasuje. Każda porażka jest tragedią na skalę globalną i... nie wchodzi w grę.
Nie mogę sobie przetłumaczyć świata na inny język, bo interesuje mnie tylko ideał. Inny świat mnie nie interesuje.

Boję się, że nadejdzie czas, kiedy powiem: Panie, tu jest twoja mina, którą trzymałam zawiniętą w chustce.

***
Ten tydzień nie należy do najlepszych.

niedziela, 18 listopada 2012

...

Jestem sama, samiutka z sobą samą.

I chandrę mam.
Nie lubię wyjeżdżać z domu, gdzie mnie kochają, do Krakowa, w którym jestem całkiem s a m a, jestem n i k i m, zagubionym w tłumie ludzi.

Nie umiem zasiąść do książek. Głowa mnie boli, mam migrenę. Często mam migrenę. Nie wiem, czy nadaję się na jakiekolwiek studia. Sił nie mam.
Sił nie mam, by żyć, by się uczyć, by zrobić cokolwiek konstruktywnego.

Cóż z tego, że się uśmiecham cały dzień, jeśli wieczorem płaczę? Ty tylko fałsz, maska.

Sama jestem, samiutka z sobą samą.

***
Zostałam wyróżniona przez Patrice. Dziękuję bardzo. :)

Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawane dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje 11 pytań. 
Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.

1. Jako dziecko kim chciałaś zostać w przyszłości? Chciałam zostać nauczycielką. Uczyłam wszystkie misie i lalki, sprawdzałam zadania domowe, wystawiałam oceny i prowadziłam dziennik. :) Przez pewien czas chciałam zostać pisarką i zapisywałam ogromną ilość makulatury. 
2. Największe marzenie. Znaleźć swoje, bezpieczne miejsce na tym świecie i być otoczona miłością za nic, a nie takiej wymagającej, abym coś w sobie zmieniła.
3. Ulubiona książka (ew. film).
Pismo Święte, Pieśń nad Pieśniami.
4. Ulubiony kolor.
Zależy od nastroju, lubię błękit, żywą czerwień, czerń. 
5. Twój sposób na odreagowanie stresu. Nie mam, w stresujących sytuacjach zachowuję się jak w amoku. Czasem modlę się o wewnętrzny spokój.
6. Ulubiony cytat.
W tytule bloga: "Wszystko to marność i pogoń za wiatrem."
7. Jak wyglądałby twój wymarzony dom?
Byłby pełen miłości. I daleko od miasta i tłumów, przy lesie.
8. Masz w domu zwierzątko? Jakie?
Nie mam.
9. Masz rodzeństwo?
Nie mam, dlatego też jestem taka rozpieszczona i nic mi się nie podoba.
10. Ulubiony środek transportu. 
Samochód, jeśli to nie ja prowadzę. ;) Lubię też tramwaj i pociąg, jeśli nie są zbytnio zatłoczone.
11. Ulubiony przedmiot.
W liceum lubiłam język polski.

Wyróżnienia i pytania będą później, wybaczcie. Na razie:

 

czwartek, 15 listopada 2012

Studia.;)

Nie wiem, co mam napisać. Po prostu nie wiem. Nie studiuję już polonistyki i czuję, jakbym zdradziła samą siebie. Zirytowałam się już po pierwszym tygodniu, pod koniec października wiedziałam, że zrezygnuję. Rozmawianie o głoskach, kategorii podmiotu lirycznego i bibliografii Estreichera nie jest dla mnie. Ten kierunek był wymarzony, owszem. Kocham pisać, owszem. Lubię czytać, interpretować i rozmawiać, owszem. Ale polonistyka mnie nie pociąga. Koniec i kropka.

Historia była moim drugim kierunkiem. Drugorzędnym, bo nigdy nie czułam się z niej na tyle mocna, by ją studiować. Lekko narwana i niepoukładana nauka do matury spowodowała, że wołałam: historio, addio. A teraz... ją studiuję. Tak po prostu.

Dziwna ta moja historia z historią, sama jej nadziwić się nie mogę.

*Do dzisiejszego postu zachęciła mnie zingela, umieszczając komentarz pod poprzednią notką i tym samym przypominając mi o blogu.

środa, 26 września 2012

Rozstania.


Ostatni w dzień w domu, jutro wyjeżdżam do Krakowa. Nie ukrywam- boję się tego jak każdej zmiany. Pełna książek, ubrań i niepokoju powitam jutro miasto marzeń. Z USOSem walczę już od tygodnia.
Pisać będę pewnie rzadziej w pierwszych tygodniach (albo w ogóle), muszę się oswoić z nową sytuacją, obejrzeć okolice mieszkania, poznać uniwersytet. :)

Widziałam się z pewną koleżanką, może nawet przyjaciółką, w niedzielę. Ostatnie słowa, rozstanie. Na ile? Nie wiem. Nie będę często przyjeżdżać, a ona też ma swoje życie, swoje studia.
Poza tym zmieniamy się.

"Niezależnie od tego, jak głęboko chcielibyśmy to ukryć, wiemy, że nawet najbliżsi przyjaciele- być może właśnie przez tę bliskość- spotykając się po dłuższej rozłące, odczuwają zawsze pewien chłód zmiany. Jest to naturalne i nieuniknione. Człowiek zawsze rozwija się lub cofa, nigdy nie tkwi w miejscu. Niemniej jednak, mimo całej tej filozofii, któż z nas potrafi stłumić ulotne zdumienie i rozczarowanie, którego doznajemy, widząc, że nasz przyjaciel nie jest i nie będzie taki jak kiedyś, nawet jeżeli zmienił się na korzyść. Emilka, dzięki osobliwej intuicji zastępującej jej doświadczenie, wyczuła to i wiedziała, że teraz żegna na zawsze Ilzę z czasów Księżycowego Nowiu i Shrewbury."
"Emilka na falach życia", L.M. Montgomery

Po spotkaniu z tą koleżanką płakać mi się chciało, że nie wykorzystałam życia tutaj w swoim mieście, na bliższą relację. Obie miałyśmy za dużo własnego życia, swoich spraw, problemów. "Kochamy wciąż za mało i stale za późno."

www.google.pl
Już nie zdążę się spotkać z A. przed wyjazdem, ale pogadamy na pewno przez skype'a. Jest to pewne pocieszenie. Nie wiem, co się dzieje z K., nie daje znaku życia, od kiedy wyszła z osiemnastki A. Poszłam za nią zaniepokojona, nie wiedziałam, co się stało. Powiedziała, że musi wracać, nigdy nie była skora do zwierzeń. Tłumaczyła się żałobą w rodzinie (zmarła dalsza krewna), a wiem, że dwa dni wcześniej była na weselu z chłopakiem; widziałam zdjęcia na facebooku. Zaskoczyło mnie to pokrętne tłumaczenie i niechęć do A., jak i do mnie. Nigdy nie przypuszczałam, że ta przyjaźń zakończy się w ten sposób, tak po prostu się rozleci wśród sporów o moją znajomość z A. i jej, nielubianego przez nas, chłopaka. Nie rozumiem tego i oskarżam się wciąż o dawne słowa, ostrzeżenia dawane w niby dobrej wierze. Niewesoło z tymi znajomościami, jak zwykle- zawodzę.


Teraz wyjeżdżam. Nie uciekam, choć w tej sytuacji tak to wygląda. Zostawiam wszystko w bałaganie: pokój, życie osobiste, życie duchowe. Czuję grząski grunt pod stopami. Może są jakieś rady, ale mi na wiele się nie przydadzą. Zostawiam wszystko. Niech sobie będzie, niech czeka, niech samo się rozwiąże.

Wczoraj odwiedziłam Panią E.- moją nauczycielkę angielskiego. Było bardzo miło, cieszę się, że są ludzie, którzy mi dobrze życzą i mnie wspierają. :) I cieszę się, że jestem już studentką, to takie nobilitujące. ;)

www.google.pl

poniedziałek, 17 września 2012

Rozmyślając o różnych sprawach.

Czytanie opowiadań jest jak podglądanie ludzi, z którymi spotykamy się tylko raz: w poczekalni, na przystanku, w kolejce. To wycinek z ułamka życia, lecz po tym wycinku można dowiedzieć się czasem wszystkiego.

Stałam kiedyś na przystanku, w pobliżu znajdował się supermarket. Na parking podjechał samochód. Wyszedł facet po czterdziestce, kobieta w podobnym wieku. Usłyszałam głos mężczyzny:
-Ale żeby to był ostatni sklep! Już więcej nigdzie nie będę jechał- ton opryskliwy, nieprzyjemny. Kobieta tylko skuliła się, wyraźnie przestraszona. Takie sceny zniechęcają do małżeństwa.

Zwiedzałam jeden z krakowskich kościołów. Usiadłam w ławce, by odpocząć i przeczytać w przewodniku, gdzie się znajduję. Do kościoła wszedł starszy pan; dziadek, jak to ja w myśli mówię. Pomodlił się modlitwą Ojcze Nasz, na głos. Potem zmówił jeszcze parę prostych modlitw. Głosem przejmującym, prosto z serca. Zdawał się być bardzo przejęty, wyciągnął banknot, wziął laseczkę i udał się do puszki na datki. Szedł z trudnością. Później wyszedł z kościoła.

Byłam na dożynkach u znajomych, na wsi. Przed niemal każdym domem stała kukła ze słomy, przebrana za gospodarza bądź gospodynię. Stanęłam przy płocie, czekałam na przejście pochodu. Stojąca obok mnie mała dziołszka powiedziała do jednaj z kukieł: Wiesz co, ale te rękawiczki, to masz Ty za duże. Uwaga była zwrócona słusznie. Duże, podziurawione rękawice były stanowczo zbyt duże na pozbawioną palców kukłę.

Tak, lubię obserwować ludzi. Ma to w sobie urok życia i bycia poza ich życiem z możliwością wniknięcia w nie.

***
Isaac Bashevis Singer snuje opowieści o społeczności żydowskiej, która dla nas- katolików zawsze pozostanie nieco egzotyczna. Jan Paweł II mówił, że Żydzi to nasi starsi bracia. W książce "Dziecko Noego" Schmitta spotkałam się z jeszcze ciekawszym określeniem: Żydzi to chrześcijanie sprzed Chrystusa. Wyrażenie to było szczególnie lubiane przez małego, zafascynowanego religią katolicką, bohatera tej krótkiej opowiastki. 

***
Singer to dobry gawędziarz. Z jego twórczością zapoznałam się jako młodsza dziewczynka, czytając Opowiadania dla dzieci. Opowiadania, które czytam teraz są utrzymane w tym samym stylu, pewnym ograniczeniem może być tematyka.

Jednym z wycinków z życia było opowiadanie o dziewczynie, która czuła się mężczyzną.
-Jentł!- ty masz duszę mężczyzny.
-To dlaczego urodziłam się kobietą?
-Nawet w Niebie popełnia się błędy.

Na tle tamtej społeczności niechęć dziewczyny do małżeństwa jest niezrozumiała. Jentł ucieka się do postępu i przebiera za chłopca, a historia robi się coraz bardziej zabawna. Jako sierota Anszel, dziewczyna trafia do jesziwy, gdzie zaprzyjaźnia się z Awigdorem. Spełnia prośbę przyjaciela i "żeni się" z Hadasą- piękną kobietą,  która zerwała zaręczyny z Awigdorem. Przyjaciele często spotykają w domu teściów Anszela. Pewnego dnia prawda wychodzi na jaw. Jentł wyznaje prawdę, przyznaje nawet, że poślubiła Hadesę, by być blisko Awigdora.
-Przecież mogłaś zostać moją żoną!
-Chciałam studiować z tobą Gamarę i Komentarze, a nie cerować ci skarpetki!
Fenomenalne zdanie. Tak jak i to: Ze mnie teraz ani kobieta, ani mężczyzna. 

***
Płeć. Podobno jesteśmy dwiema połówkami pomarańczy. Kobieta i mężczyzna tworzą całość. Nie wiem, jak Wy, ja często marzyłam o tym, by być nie połówką, lecz całością. By być choćby dzień facetem i wiedzieć, jak to jest. Jesteśmy inni i nigdy nie zasmakujemy tej inności od wewnątrz.
W "Raju utraconym" Milton twierdzi, że duchy mogą sobie dowolnie dobierać płeć, a czasem i pozostawać bez niej. Przeciwne zdanie ma C.S.Lewis, pisząc w "Perelandrze", że wszystko ma swój rodzaj. Nie płeć, lecz rodzaj. Jak jest naprawdę? Chyba nieważne. Ale nasza płeć ważna. Nawet bardzo ważna.

Ciekawa jestem Waszej opinii na temat płciowości, która jest chyba czymś więcej niż dowolnie dobraną parą chromosomów. Przychodzimy na świat jako dziewczynka lub chłopiec (pomijając anomalie), mamy nie tylko swoją osobowość, ale też pewną osobowość płci, inaczej zaprogramowany mózg. Tak, czy nie? Wstrzymuję się od jednoznacznego sądu.*

*Jeszcze jakieś herezje zacznę prawić.**
**A może już zaczęłam?

czwartek, 13 września 2012

Szarańcza

Zanim jeszcze poczułam tą nieodpartą chęć przeczytania "Szarańczy" Gabriela Garcia Marqueza, byłam zlana potem. Obudziłam się ze snu zapomnianego szybciej niż pozbawienie życia ćmy, o której pamięć jest ostatnim ogniwem łączącym dziś z wczoraj. Powinnam była wiedzieć, że wizyta w bibliotece nie skończy się na oddaniu książek. Tak samo, jak i dziś musiałam sięgnąć po książkę, tak i wczoraj podejść do półki z literaturą Ameryki Łacińskiej. Sama nazwa jest hipnotyzująca, cudem jest, że wcześniej ją omijałam, a nie żałuję omijania z tego samego powodu, dla którego nie mogę polecić Marqueza nikomu. To samo przychodzi do człowieka, że czyta to, co jest mu przeznaczone, kiedy jest przeznaczone.

W pewne listopadowe popołudnie ten świat powitało dziecko, dziewczynka. W tym czasie jeszcze nikt nie wiedział, że będzie ona żyła lat osiemnaście lub dłużej, po to właśnie, by czytać dzieła Marqueza. A pisarz kolumbijski będzie ją wpędzał w rozpacz, tak że będzie rwała włosy z głowy. Czy będę w stanie w przyszłości, nieodgadnionej i zapomnianej często jak ten sen wczorajszej nocy, napisać zdanie jedno, plastyczne na tyle, że powołam nową rzeczywistość? Marquez czyni to w każdym zdaniu.


"Szarańcza" to latynoska "Antygona". Autor nie ucieka przed skojarzeniem historii z inną, bliską i znaną całemu światu. Czytelnik, zanim zostanie przeniesiony do rzeczywistości Macondo, ma przed oczami cytat z dramatu Sofoklesa: 

"A zaś obwieścił, aby Polinika
Nieszczęsne zwłoki bez czci pozostały,
By nikt ich płakać, nikt grześć się nie ważył;
Mają więc leżeć bez łez i bez grobu,
Na pastwę ptakom żarłocznym i strawę."

 
 Narrator opowiada na nowo tragedię, a jest mistrzem słowa. Retrospekcje i retardacje zaprowadzają w głąb mistycznego koła czasu, które obraca się, odchodzi i powraca, kiedy już chcę rozstać się z opowieścią. Polifoniczna narracja zmienia perspektywę, zakrzywia ją i pozwala na wciąż świeże zadziwienie bohaterami, słowem, samą sobą.

Zamknęłam książkę za ostatnim słowem, myśląc o tej chwili, gdy obudziłam się z zapomnianego snu, aby podążyć za nieodpartym pragnieniem zanurzenia się w rzeczywistość Macondo.

wtorek, 11 września 2012

Wokół ewangelizacji.

W piątek przeżyłam w Krakowie niezwykłą przygodę. Był to Pierwszy Piątek Miesiąca, więc poszłam na Mszę Św. do Kościoła Mariackiego. Byłam mocno zawiedziona szybko odprawionym misterium, bez organów i bez śpiewu. Nie wiem, czego oczekiwałam po półgodzinnej Mszy w dzień powszedni. Przyszło mi na myśl, że to może moja pycha domaga się jakiejś wyjątkowej ceremonii. A przecież każda Msza Święta jest cudem.
Szłam później przez krakowski Rynek, pochłonięta myślami. Marudziłam trochę, jak to ja mam w zwyczaju. Zatrzymał mnie głos:
-Przepraszam, możemy zająć chwilę?
Dwóch młodych chłopaków. Ciekawe, co chcą mi sprzedać.
-Owszem. Słucham.
-Czy ktoś Ci mówił, że Jezus Cię kocha?
Ha. Zaczyna mi się podobać ten Kraków. Nasuwa mi się tylko pytanie: czy ja wyglądam na osobę potrzebującą ewangelizacji?
Wyglądam, czy nie- potrzebuję. Jak dobrze, że szaleńcy Boży chodzą po tym świecie.

***
Koleżanka z klasy miała w niedzielę urodziny. Wyjątkowa osoba, w swoim czasie spełniła bardzo ważną rolę w moim życiu, dodając mi otuchy i mówiąc przemiłe słowa: Karolina, Ty jesteś bardzo fajna, ale nie umiesz się zareklamować. Może i tak...
Wysłałam życzenia. Szczere. Napisałam to, o czym myślałam. Ona odpisała, że się popłakała, czytając moją wiadomość i... jeszcze dużo innych miłych słów, prywatnych, do mnie.
Jest pierwszą osobą, która wraca do Boga niemal na moich oczach. Mam ochotę śpiewać pienia chwały.

***
Chcę wypełnić zadanie, dla którego Pan posłał mnie na ten świat. I... iść do Nieba. Jak najszybciej.

środa, 5 września 2012

Takie małe roztargnienia.

Wróciłam. Z Krakowa- miasta mojego, które na mnie czeka wciąż i wciąż.

***
Jakiekolwiek błędy popełniłam wcześniej, ilekolwiek razy zeszłam ze ścieżki, kogokolwiek dotknęłam i jak mocno zraniłam, tu i teraz Pan da mi szczęście. Moja ziemia obiecana prawdopodobnie wszędzie by mogła się znaleźć, lecz żałować czegokolwiek przed- właśnie-tym- momentem nie jestem w stanie. Jak inaczej mogłabym być w tej chwili, tutaj, pełna oczekiwania i dzikiej nadziei w sercu?

"Tęsknota nade mną szeleszcze.
Trąca mnie skrzydłem mewim.
Czy wciąż ta sama jeszcze?
Nie wiem! nie wiem
..."


Ach, głupia jestem i naiwna, wiem to. Choć historia ta może się skończyć różnie, a mnie może pozostać tylko poduszka i płacz, i niemoc.. Cieszę się

"Słowiki są dziś nieswoje, 
bzy są jak chmury krzyżyków
chcesz zabić serce moje
Przecież się nie zabija słowików..."
(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska)
 
***

Niemoc mnie ogarnia. Przyznaję się. Na zakochanie chora jestem. W nocy sen tulić mnie nie chce, usta me jeść nie chcą nic. Z rąk mi leci świat, pieniądze, chusteczki i bilety. Śmieję się pusto, a czasem i płaczę. Jestem drażliwa i nieogarnięta. Odgadłam już, co to za choroba i medyka nie potrzeba. :)

Za osobista stała się ta notka, lecz nic innego napisać nie jestem w stanie. ;) Cóż, wierzę, że Bóg wie, co robi i co dla mnie dobre. :) Na razie: cicho sza!

***
Zgadywankę wygrała: mh . Oczywiście, był to Wrocław- miasto studenckie mojej przyjaciółki. Gratuluję skojarzenia z krasnalem. :D

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Samotność, której na imię Buendia.

We li­ve, as we dream – alo­ne. 
(Joseph Conrad)

Wśród muzyki, tańca, zabaw, rozmów i śmiechu jestem samotna. Nie potrafię uciec przed moją odmiennością, przed byciem "Inną" i szaleństwem. Iście hamletowskim szaleństwem, którego natura miast wzdragać się przed śmiercią, zastanawia się: "Być albo nie być- oto jest pytanie. (...) Gdybyśmy wiedzieli, że raz zasnąwszy, zakończym na zawsze boleści serca i owe tysiączne właściwe naszej naturze wstrząśnienia, kres taki byłby celem na tej ziemi najpożądańszym. Umrzeć – zasnąć." 

Wśród wirów radości, westchnień i ogólnej wesołości jestem ja. Myślę o rodzie Buendia, którego losem była samotność. Czyżby i mój taki los był? Nie mam siły na opór. Jeśli taki ma być, niech będzie. Przynajmniej wolności mi nie braknie, wypiję jej napój do dna, zachłysnę się nią. Nawet w miłości wolność jest potrzebna bardziej niż posłuszeństwo.

Czasem schodzę z parkietu, idę do łazienki, patrzę w taflę lustra. Jestem daleko, nie chce być blisko. "Kocham Cię Moją Ogromną Miłością"- słyszę głos Pana. Niedowierzanie, widzę je w swoich oczach. Jaka ja jestem słaba!...

Nie tylko ja. Ilu z teraz się bawiących, niedługo będzie płakało do poduszki? Ile niezrozumień wśród nas, ile hermetyzmu i niedzielącej się z nikim samotności? Nie mnie oceniać, nie mnie liczyć.

Meme zamilkła na wieki, Ofelia pożegnała życie w zimnej topieli. W powieściach bohaterowie umierają na czas, jakby wiedzieli, kiedy kończy się ich wątek. Czy jest tak i w naszym życiu? Nie wiem i do tej niewiedzy się przyznaję.

W śmierć jak w sen odejść pragnę,
znużony tym wszystkim.
(Szekspir)


***
Chodzi mi po głowie pewna znana piosenka:



***
Dziękuję za gratulacje pod poprzednią notką! :)

Nie pisałam długo na blogu, bo odwiedziłam pewne Miasto. Jakie? Zapraszam do prostej zgaduj-zgaduli. ;)


***
Wyjeżdżam znów, więc nie będę w stanie pisać ani komentować. Postaram się nadrobić braki we wrześniu. ;)