czwartek, 2 sierpnia 2012

Sto lat samotności

Nie powinno się tak zdarzać, że ktoś pisze recenzję przed przeczytaniem do końca książki. Nie chwal powieści przed jej ostatnim słowem, można by powiedzieć, parafrazując znane przysłowie. Nie martwcie się, to nie będzie recenzja, to tylko myśli szybko ulatują, podczas gdy Márquez buduje, tworzy, a może raczej:  r e k o n s t r u u j e  postaci i wydarzenia.


Delikatna, nieśmiała  n i e p r a w d o p o d o b n o ś ć   przypomina mi Schulza, ale to może błędne wrażenie, szczególnie, że znam tylko fragmenty jego prozy. Z pewnością wpisuje się w nurt prozy iberoamerykańskiej, lecz moja ignorancja nie pozwala mi porównać dzieła z żadnym innym utworem wywodzącym się z Ameryki Łacińskiej. Zaczynam przypuszczać, że nie znam takowego, lecz choćby powieść ta była tylko niedoścignionym arcydziełem pisarzy Kolumbii, stawia literaturę kolumbijską naprawdę wysoko.


"Sto lat samotności" nie należy do kanonu lektur, czemu się nie dziwię. Jeszcze w gimnazjum z taką trudnością czytałam Kafkę, nie rozumiejąc ni w ząb zamysłu powieści. W poprzednim roku szkolnym "Proces" stał się dla mnie może nie całkiem zrozumiały, ale oniryczny i sensowny. Sadzę, że tak samo jest z dziełem kolumbijskiego pisarza. Może dwa lata temu, może rok, cześć scen odebrałabym z odrazą, a mama mogłaby obawiać się złego wpływu książek. Teraz czytam  o wiele spokojniej, wdychając latynoamerykańskie powietrze i rozkoszując się pachnącym dziką przyrodą Macondo i jego oderwanymi od wielkiego świata mieszkańcami. Słyszę cygańskie pokrzykiwania, drżę przed dyskretną ni to magią, ni nauką. Zastanawiam się nad realnością wydarzeń, ale nie wątpię w prawdomówność narratora. Márquez jest mistrzem w snuciu opowieści, powoli rozplatanej niczym sieć tajemnicy rodu Buendia.


Przez każdy rozdział przewija się tak wiele obrazów, każdy inny, każdy zmienia akcję o sto osiemdziesiąt stopni. Bohaterowie są  ż y w i,  oryginalni, wyjątkowi. Narrator kreśli akcję w taki sposób, iż każda z postaci zostaje zauważona i na swój sposób polubiona, nawet gdy potępiamy jej decyzje i działania. Poznajemy motywacje- wielkie miłości, wielkie i drobne nienawiści. Dotykamy wyrzutów sumienia targających wnętrza (chyba niemal każdego bohatera) od chwili popełnienia niemoralnych postępków. Zaczynam już powoli martwić się własną pobłażliwością i jednocześnie zaciekłością, z jaką chciałabym bronić postaci snujących się, gubiących i walczących.


Największym atutem powieści są jednak nie bohaterowie, ale ten nieokreślony czas i miejsce, wymykający się prostym określeniom klimat, którego się nie zapomni. Nie, nie przeczytam szybko tej książki, chcę ją mieć jak najdłużej  n i e p r z e c z y  t a n ą. Chcę wiedzieć, że na mnie czeka każdego wieczoru,  gotowa zabrać mnie w tamten świat. Jednocześnie wiem- paradoksalnie wiem- iż postępowanie takie jest niemal absurdalne. "Sto lat samotności" nie należy do raz czytanych książek. Mogę, muszę i będę do niej powracać i na nowo zatapiać się w historii, już nie w celu odkrycia, lecz ponownego przeżycia niczym koneser opery słuchający po raz setny- wciąż tych samych- niepokojów Violetty i Alfreda ze słynnej opery Verdiego.

5 komentarzy:

  1. Realizm magiczny - fascynujący! :)
    A ta książka zadziwia naprawdę dopiero po dotarciu do końca. Ja przeczytałam ją prawie dwa razy z rzędu. Tak bardzo zakończenie skłania do powrotu.;)
    Gratuluję wyboru lektury! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, zaciekawiłaś mnie tym zakończeniem. Już nie mogę się doczekać. ;)

      Usuń
  2. Nie czytałam, ale żałuję, widząc Twoją recenzję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic straconego, możesz się cieszyć, że tak wspaniała pozycja wciąż czeka na Ciebie. :)

      Usuń
  3. To prawda 100 lat samotności nie powinno się czytać tylko raz. Ostatnio udzielała u mnie wywiadu Monika, która kocha książki. Jej najlepszą jaką do tej pory przeczytała jest właśnie 100 lat samotności, a stała się nią dopiero jak przeczytała ją drugi raz:)

    OdpowiedzUsuń