niedziela, 30 czerwca 2013

wakacje :D



Wyjeżdżam. Zaczynają się wakacje, a ja potrzebuję odpoczynku.

To był naprawdę dobry rok. Nauczyłam się samodzielności, bycia samej, decydowania o sobie. Przekonałam się także do ludzi, dokonując niebagatelnego odkrycia, że są tacy sami jak ja. Niemal. Pokochałam siebie, pokochałam życie, pokochałam człowieka. Znalazłam swoje miejsce.

Kiedy przyjeżdżam do domu, czuję, jakbym cofała czas, wracała do przeszłości. Czuję się nieswojo, bo wiem, że się zmieniłam. Mój świat przewrócił się do góry nogami.
Z drugiej strony dopiero teraz sobie uświadamiam, jak bardzo kocham moją Mamę i Babcię i nie chcę ich zawieść.

No nic, teraz wracam na krótko do Krakowa- złożę dokumenty na moją matematykę i jadę w Bieszczady. Z nim.

P.S. W związku z wyjazdem mogę być niedostępna lub mniej dostępna ;) przez 2 tygodnie.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

deszcz

"Twe miłosierdzie niech spływa i spływa tak jak wiosenny i ciepły deszcz"

Zmokłam. Padał dzisiaj deszcz, przyszłam do mieszkania mokra jakbym co najmniej pływała w Wiśle. Dobrze, że miałam na sobie letnie ubrania, które szybko rozwiesiłam.

Zmokłam. Stopiłam się, bo jestem z cukru. Jaka ja jestem zakochana, topię się w miłości. Bóg stworzył nas do kochania, o tak! I to jakiej miłości. Trudno zrozumieć to rozumem, można tylko pojąć sercem i powiedzieć: kocham. Chcę miłości do śmierci, takiej po grób. Takiej, która przetrwa naprawdę wszystko, której nic nie zniszczy. Miłości pobłogosławionej przez Boga, która jest powołaniem. Tak, chcę małżeństwa. Ale: cicho, sza, cicho, sza. Cierpliwości trzeba. Cierpliwej cierpliwości. Najcierpliwszej.

***

Z egzaminu dostałam 5!!! Moje oceny za ten semestr to: 5, 4, 5 i jeszcze mam ostatni egzamin w środę, na który właśnie zaczynam się uczyć;)
Dzięki za wsparcie! :) Panikara to niezła jest ze mnie;)

A dziś Polski Dzień Przytulania :) :) :) I choć o tym nie wiedziałam, to był bardzo przytulaśny ;)


niedziela, 23 czerwca 2013

!

24.06.2013r.- EGZAMIN. Modlitwa zawsze się przyda. Wsparcie i trzymanie kciuków też.

Strach ma wielkie oczy- jak przed każdym ustnym. Nie wiem, czy umiem dostatecznie dużo... ale staram się myśleć pozytywnie :)

sobota, 22 czerwca 2013

patronka trudnych spraw

Sw. Rita-  włoska święta, patronka spraw trudnych i beznadziejnych, matek i kobiet każdego stanu, chorych i rannych. Jej wspomnienie liturgiczne wypada 22 maja.

***

Św. Rita chodzi za mną od miesiąca, mniej więcej od dnia jej narodzin do Nieba.

Dwa dni przed jej świętem szłam z kolegą do kościoła na Skałce. Mijaliśmy kościół augustianów i zobaczyłam duży plakat ze św. Ritą, patronką spraw trudnych.

Zapragnęłam cudu i pomyślałam, że pójdę na comiesięczną Mszę- 22 dnia miesiąca- i poproszę w pewnej, wiadomej mi, sprawie. Ale przypomniałam sobie prozaiczną kwestię: mam zajęcia w tym samym czasie. Chyba nawet pisaliśmy w tym dniu jakiś kolokwium.

Nie poszłam, ale mimo to w tym dniu ta święta jakby mi patronowała-  jakoś rozmawialiśmy o egzaminach i ludzie co i rusz mówili, że trzeba się pomodlić do św. Rity. Wcześniej mi się to nie zdarzyło, więc byłam bardzo zaskoczona. Po kilku dniach zapomniałam o całej tej historii. Do dzisiaj.

Dziś rano obudziłam się z wielu snów, słysząc w głowie cytat z Pisma św.: "wstań, weź swoje łoże i chodź" i nagle przypomniała mi się moja święta sprzed miesiąca. Dopiero po jakiejś chwili zdałam sobie sprawę, że dziś jest 22.
I tak, upadająca w wierze ja, stwierdziłam, że św. Rita pragnie mi pomóc i dlatego tak przypomina mi o swojej obecności.

Św. Rito, módl się za nami, proszę Cię w tej mojej intencji, jeśli Ty sama tak za mną chodzisz...

czwartek, 20 czerwca 2013

idę wciąż...

Idę przez życie, swoją wybraną i jedyną ścieżką. Boli mnie tylko to, że pokonując kolejne zakręty, mimowolnie palę za sobą mosty. Jestem osobą delikatną i bardzo sentymentalną, tak więc często zdarza mi się wspominać i wtedy... odkrywam, że mam mało wspólnego z dawną sobą. Dawnymi ludźmi. Dawnymi uczuciami. Zmiana diametralna.

Chyba zaczynam kochać siebie. Wiem, że moja obecność w świecie coś daje... Może niewiele, ale jednak coś daje.
- "Czułabym się wykorzystywana.
- A wcale nie. Jak Ciebie znam, czułabyś się potrzebna."
;)

Zawsze powtarzam sobie, że muszę przestać wegetować, a zacząć żyć. Trochę to dziwne, bo przecież właśnie to moje wegetowanie jest życiem. I wtedy, gdy kręci się w koło, i wtedy, gdy przynosi ze sobą coś całkiem nowego, świeżego.

Sesja działa na nas inspirująco i z współlokatorką słuchamy:


niedziela, 9 czerwca 2013

codziennie zadziwiona życiem

Jest genialnie :D
Nawet nie miałam czasu, aby się pochwalić, ale teraz informuję, że byłam na weselu wraz z moim P. i jego rodzinką. Przywiozłam ze sobą pęk wrażeń, garść przemyśleń i słoneczko za oknem. Tak jakby mój dobry nastrój przegonił burzę i niepogodę.

Właśnie wróciłam, weszłam do mojego bałaganu, ogarnęłam się nieco. Teraz siedzę na łóżku i usiłuję nie zasnąć, bo wieczorkiem trzeba jeszcze do kościoła, na Mszę Św. Nie ogarniam w ogóle, jaki jest dzień tygodnia ;) Cały tydzień dzielnie walczyłam z moimi dwoma kolokwiami, egzaminem w piątek i szukaniem nowego mieszkania, więc przygotowania na wesele były trochę w biegu.

Bardzo polubiłam tę rodzinę, która w większości była dla mnie nieznanymi ludźmi, tak że z początku byłam nieco nieśmiała i wycofana, ale później się rozkręciłam i dałam się porwać w nurt zabawy:), cały czas otwierając szeroko oczy ze zdziwienia.

Jestem zadziwiona sobą, moim miejscem świecie, moim życiem. Z każdym dniem odkrywam w sobie coś nowego. Wśród specyficznego poczucia humoru i kłótliwego charakteru jest we mnie pewnego rodzaju tkliwość, chęć poświecenia się, miłości ponad wszystko. Nie jestem też tak całkiem beznadziejna i czasem, czasem coś mi wychodzi.

 Znajoma powiedziała niedawno: "Człowiek, który przestaje się dziwić, przestaje być szczęśliwy".

Jestem szczęśliwa, bo zadziwiona. Życie składa się z takich malutkich kadrów, miniaturek, które wydają się całkiem niezwiązane ze sobą, a jednak po sobie następują. Jeszcze nie jestem w stanie zobaczyć sensu, wciąż go szukam.

Czuję się często, jakbym dopiero zaczynała żyć. Jakbym cudownym zrządzeniem niebios dostała dziś ciało i życie, jakbym ja jako odrębna osoba została włożona do życia i ciała kogoś drugiego. Nie wiem, czy mówię jasno, ale jest to niesamowite uczucie. I tak czuję co moment, każdego małego dnia i dnia z większą pompą. Trudno cokolwiek ogarnąć, zrozumieć swoją sytuację, jak ciągle na nowo zadziwiona staję się sobą.

Mam sprawne ręce, nogi, wrażliwe serce, inteligencję, możliwości i młodość. Mam siebie nieporadną, zapominalską, nieśmiało drepczącą w miejscu, niewiedzącą, czego chcę. Mam siebie z taką urodą, jaką dał mi Bóg. Taką siebie, jaką się budzę co rano, patrzącą ze zdziwieniem w lustro i pytającą, czy to ja. Z taką sobą mogę uczynić, co chcę. Mogę siebie DAĆ.


Życie jest tylko jedno.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

potrzeba człowieka

W trybie natychmiastowym. Chcę mieć kogoś przy sobie i go posiadać. Samotność czyni mnie nieszczęśliwą, popadającą w smutek, chandrę, depresję. Gdy czuję akceptację, sympatię, chęć do bycia ze mną, to lecę. Jak ćma do żarówki. Spalam się po części, boli,  lecz choć boli, to nie mam wyjścia innego jak powtarzać mój lot ku śmierci.



Serce słabe, puls słaby. Coraz dłuższe i uciążliwsze migreny. Odczuwam często, że jestem słaba, jakby nie stworzona do życia, w którym trzeba przepychać się łokciami. Może dlatego kogoś potrzebuję?

Nie, nie dlatego, a nawet jeśli, to przegrałam, bo nie znajduję silniejszych od siebie. Wolę grać dobrze zaznajomioną z życiem i poznawać takich jak ja. Ludzi, którzy mnie potrzebują i którym mogę dawać nadzieję.

Nadzieja to powinno być moje drugie imię. Noszę- od lat- łańcuszek z Cudownym Medalikiem i zielonym (nieco kiczowatym chyba) krzyżykiem. Nie są dla mnie biżuterią, lecz właśnie znakiem nadziei: że będę żyć- i to wiecznie, z Nim i to On pokieruje moimi drogami. Bo On mnie zna. Wie, jak chore i niepoukładane są moje relacje, ile w nich egoizmu, miłości narwanej, nieprawdziwej. Mojej potrzeby do bycia z kimś zamiast dojrzałości. Nie dorosłam, Bóg wie, że nie dorosłam. Ani do miłości, ani do przyjaźni.

- Może by porozmawiać z psychologiem. Nie, psycholog mi nie poradzi. Kto zna ludzkie myśli? Ludzkie serca?- mówi współlokatorka o 2 w nocy, dziś, w czasie jednej z naszych wielu nocnych rozmów. Zagubiona wśród swoich relacji, może nawet nie mniej niż ja. Czuję, jakby mnie olśniło.
- Pan Bóg. Zapytaj Go.
- Pomodlę się do Ducha Świętego. Może mnie olśni.

Któż jak Bóg?
Zawsze i wszędzie.