środa, 31 lipca 2013

Stara przyjaźń nie rdzewieje?...

No właśnie: jak to z przyjaźnią jest? Pisałam niedawno o K., o tym, jak nasza relacja nie obumarła, jak mogłyśmy wrócić do dawnych rozmów i zwierzeń- jakby wcale nie dzieliły nas miesiące, nowe doświadczenia i stare żale. Przyjaźń, która nigdy nie została nazwana przyjaźnią.


I jest jeszcze inna relacja. L.
Cztery lata temu. Pierwsza liceum. Choć już wtedy bliżej kolegowałam się z K., czułam się osamotniona w nowej szkole, tym bardziej, że K. chodziła do innego liceum. Miałam za sobą kłótnie i rozstanie z dwiema najlepszymi koleżankami z gimnazjum. Nie miałam nikogo bliskiego.
Nigdy nie byłam specjalnie towarzyska, byłam miła, uczynna, ale i nieśmiała. Żyłam na uboczu klasy, rozmawiając z paroma dziewczynami, podobnie nieśmiałymi jak ja: A., K2. i L.

Pewnego popołudnia, gdy odprowadzałam L. (tak, jak kogoś lubiłam i lubię, to z radością odprowadzam nawet pod dom- a mieszkałam w przeciwnym kierunku), powiedziała mi, że widzi we mnie przyjaciółkę. I obiecałyśmy sobie przyjaźń.

Było różnie. Wyjechałyśmy razem, lecz L. nie zwracała na mnie większej uwagi. Liczyłam na długie rozmowy, zwierzenia- ona stwierdziła, że woli czytać książkę. To ja też czytałam- swoją.
Byłam zazdrosna, chciałam przyjaźni na wyłączność. L. nie miała wielu koleżanek, ale często spotykała się z A. beze mnie. Być może przyjaźniły się na swój sposób.

Później coraz rzadsze spotkania także z powodu mnie (zmieniłam pomysł na życie i musiałam zmienić szkołę, dłuuuuga historia). Ona, nie mając już żadnego interesu do mnie, nie miała czasu na spotkania. We mnie narastała złość, bo włożyłam wszystko: serce i całą siebie w tę relację. Byłam wściekła na siebie. Nie chciałam, żeby tak wyglądała "przyjaźń".

Napisałam do L. list. Wylałam żale, wypowiedziałam wątpliwości, prosiłam, by ratowała przyjaźń- jeśli jej zależy. Nie zależało.

Potrafiła nie odzywać się parę miesięcy, spotykałyśmy się jedynie na imprezach, urodzinach i sylwestrach u wspólnych koleżanek. Kilka razy: same. Krytykowała we mnie wszystko: moje podejście do życia, moje zainteresowania, mój wybrany kierunek studiów. Przekonywała, że niszczę sobie przyszłość, że nie rozumie moich decyzji.
Może to była troska, ale ja potrzebowałam rozmowy, zwierzenia się, poznania i zrozumienia mnie- potrzebowałam przyjaciółki, a nie Cioci Dobra Rada.  
Zaczynałam być coraz bardziej przygnębiona po spotkaniach z L.

W poprzednim roku widziałyśmy się raz. Nie złożyła mi życzeń urodzinowych, ale ja zadzwoniłam z życzeniami, a ona zaprosiła mnie na urodziny. Przyszłam i wtedy widziałyśmy się ostatni raz. Nie dzwoniłam potem, ona też nie. Pytałam A. na fejsie (bo czasem pisałyśmy :P), czy nie wie, co u niej i tak jakoś skontaktowałyśmy się razem. Zadzwoniłam, ale L. była pełna pretensji. Że się nie odzywam, że z fejsa dowiaduje się, że mam chłopaka. Chciała się dużo dowiedzieć, więc powiedziałam, że pogadamy po moim powrocie (byłam jeszcze w Bieszczadach). Wyjeżdżała z rodzicami. Podświadomie odetchnęłam z ulgą, że nasze spotkanie się opóźni. I dziś wysłała mi sms-a.

Chcialam cie tylko poinformowac ze jestem juz w R. (nasze rodzinne miasto)

Po chwili zastanowienia odpisałam:

Dziękuję za informacje. Także jestem w R. Czy chcesz się ze mną spotkać?

***
Czy na pewno stara przyjaźń nie rdzewieje? Ale o czym my mamy rozmawiać? Już się stresuję...

***
Co do zdrowia: powoli, powolutku zdrowieję. Może faktycznie to był zwykły wirus. Staram się tylko nie wychodzić z domu na ten upał, aby się już wykurować ostatecznie.

13 komentarzy:

  1. Oj ciężka sprawa z tą przyjaźnią. Moim zdaniem nie wróci się już to co minęło. Chodzi mi o L. Ludzie się zmieniają i widocznie człowiek nie jest w stanie później przyjaźnić się tak jak jeszcze kilka lat temu. Powiem Ci, że ja obecnie też mam podobną sytuację. Przez podstawówkę i gimnazjum przyjaźniłam się z P. Szkołę średnią każda z nas wybrała inną, chociaż kontakt był. Teraz obie studiujemy w tym samym mieście, ale to nie jest ta sama relacja. Ja zmieniłam swój sposób na życie(podobnie jak ty), zaczęłam myśleć o przyszłość w perspektywie stabilności, miłości itd., ona wciąż rozbrykana, najważniejsze są zabawy, towarzystwo i alkohol. Kiedyś najlepsze przyjaciółki, wszędzie razem, a dziś nawet czasem na miasto nie mam z kim wyjść. Niestety. Myślę, że wraz z czasem los niesie nam nowych przyjaciół, bo stara przyjaźń w większości przypadków jest tylko wspomnieniem. Ale zazdroszczę Ci tej relacji z K., że mimo upływającego czasu wciąż tak się dobrze rozumiecie. To taka perełka w przyjaźni:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba masz rację. Widziałam się wczoraj z L. i choć trochę się razem pośmiałyśmy, to nie czułam, że to jest to, co kiedyś. Zbytnio się różnimy- ja jestem głupią humanistką studiującą historię, ona jest ścisłowcem mającym przyszłość i świat przed sobą, a zarazem... nigdy nie ma i nie miała czasu na przyjaźń. Mówi: "powiedz mi wszystko, co się zmieniło", a ja nie umiem. Mam tyle delikatnych, prywatnych kłopotów i boję się szorstkich komentarzy. Jak wiązanie się w związki skomentowała jako "pójście z prądem i powielanie schematów", to ja dziękuję. Żyjemy w innych światach chyba.

      Tak, dobrze, że jest K. Mogę się poradzić, zwierzyć, liczyć na zrozumienie. I cudowne jest to, że nigdy niczego na mnie nie wymusza- w przeciwieństwie do L.

      Usuń
  2. Taka przyjaźń właśnie mnie zniszczyła. Przyjaźniłam się z jedną dziewczyną od dziecka, żeby potem zostać kopnięta jak pies. Teraz ciężko mi się zaprzyjaźnić, może potrafię się otworzyć, ale i tak czasami mam wyrzuty sumienia, że za dużo powiedział o sobie. Mam parę znajomych, dwie bliższe koleżanki i to wszystko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wyobrażasz sobie, jak dobrze Cię rozumiem.

      Miałam kiedyś 2 najlepsze koleżanki- takie od dziecka i skończyły przyjaźń w 3 klasie gimnazjum, obrzucając mnie błotem, dokuczając mi, obsmarowując na forum klasowym i pisząc do mnie esemesy, jak bardzo mnie nienawidzą i jak bardzo jestem beznadziejna.

      I po takim czymś odważyłam się zaufać- i zostałam olana. Najzwyczajniej olana, okazało się, że to wszystko to takie frazesy. A potem: "nie mam czasu" i zdziwienie: "nic mi nie mówisz".

      Przyznaję się- naprawdę potrzebuję ludzi obok siebie, ale już nie umiem zaufać. Nie chcę przyjaźni. Nie chcę już nic. Mam tego po prostu dość. Koleżanki niech się kręcą, ja im już nie zaufam. Nie potrafię.

      Usuń
    2. Takie toksyczne koleżanki też miałam. Zrewanżowałam im się wtenczas po czasie pięknym za nadobne, kiedy napisałam pare słów na ich temat na swoim jednym z poprzednich blogów, fakt nie było to może fajne, ale cóż. W sumie to nawet dzisiaj nie żałuje i gdybym miała takie coś zrobić, zrobiłabym jeszcze raz.

      A co do komentarza to idę na praktyki na miesiąc. W sumie po dzisiejszym dniu, bez obaw patrzę na wizję najbliższych tygodni. Nie wiem czy wpiszę sobie to CV, ale zawsze jakieś doświadczenie. Opiekun praktyk zapewnił mnie. Nudzić się nie będę :)

      Usuń
    3. Moje koleżanki nie wiedzą o blogu, więc obsmarowuję je anonimowo;) Nie wyobrażam sobie, żeby zakładać specjalne tematy na forum klasowym- jak robiły to moje "przyjaciółeczki". Tyle dobrze, że nie posiadałam wtedy Internetu i byłam nieświadoma sytuacji...

      To jednak nie parzysz kawy na praktykach? ;)

      Usuń
  3. Nie chcę się wymądrzać, po prostu opiszę swoje doświadczenia. Z nikim z moich podstawówek (zmieniałam szkołę w IV klasie, stąd dwie podstawówki), gimnazjum i liceum nie utrzymuję żadnych kontaktów, poza jedną dziewczyną z sąsiedztwa, ale i to widzimy się sporadycznie w czasie spacerów z psami i nasze rozmowy ograniczają się do: "Cześć", ewentualnie komentarzy na temat naszych psów. Generalnie chyba jest tak, że w miarę rozwoju swojej psychiki człowiek ma inne wartości, stąd i rozumienie tego, co określa jako przyjaźń, zmienia się. W dzieciństwie chce się przede wszystkim bawić z przyjacielem czy przyjaciółką, potem, gdy jest nastolatkiem, próbuje dzielić swoje tajemnice z innymi, czasem sobie pomagają... Ale w wieku lat nastu, w okresie burzy hormonów, trudno o prawdziwe przyjaźnie. Choćby dlatego, że ludzie dorastają w różnym tempie i to, co dla jednej osoby jest ważne, dla drugiej już niekoniecznie musi być tak samo ważne (a są i tacy, którzy nigdy nie dorastają... ;) ).
    Moim zdaniem prawdziwe przyjaźnie, takie przyjaźnie przez duże P, zaczynają się dopiero w okresie studiów. A i to nie zawsze. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygląda na to, że największa przyjaźń dopiero mnie czeka. A może największa przyjaźnią jest miłość? Bo myślę, ze mojego chłopaka mogę nazwać także moim przyjacielem...

      Usuń
    2. Nie bez powodu jest powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie. Nie jest żadną sztuką być przyjacielem, gdy żyje się we względnym dobrobycie (no, a w porównaniu np. z Somalijczykami to my jesteśmy bardzo bogate), jest się w miarę zdrowym, pełnosprawnym, czy generalnie nie ma się większych problemów. Ale sama na swojej skórze doświadczyłam tego, że gdy pojawiły się realne, życiowe problemy, to "przyjaciele" ze szkoły nagle się gdzieś ulotnili.
      Co do miłości, to też nie chcę wyjść na kogoś, kto się wymądrza (jeśli tak, to przepraszam) - ale w dzisiejszych czasach miłością określa się wszystko i nic. Miłość stała się słowem-wytrychem, a dla każdego oznacza coś innego.
      I jeśli w związku nie ma przyjaźni, to miłości też nie ma. Bo miłość to nie jest zauroczenie, zakochanie, ani seks. Zauroczenie kiedyś minie, zakochanie też, a seks? A co, jeśli Twój chłopak zachoruje, złapie HIV (a tego wirusa można złapać wcale niekoniecznie przez "brzydkie" zachowania), straci nogi albo zwyczajnie się zestarzeje? Czy wtedy stanie się mniej wartościowym człowiekiem? Seks jest ważny, ale nie najważniejszy, a już na pewno nie jest synonimem miłości.
      Warto czekać i na miłość, i na przyjaźń. Ale właściwie przecież ta przyjaźń jest na wyciągnięcie ręki - najlepszym przyjacielem jest Jezus Chrystus... I doświadczenia tej przyjaźni Ci gorąco życzę :) Pozdrawiam :)

      Usuń
    3. Prawda. Czasem wystarczy maleńki problemik, aby okazało się, że nic się nie znaczy dla drugiej osoby.

      No możliwe, że trochę się zagolopowałam. To bardziej zakochanie jeszcze jest, choć mam nadzieję, że przerodzi się w dojrzalsze uczucie. Co do seksu, to jestem zwolenniczką czystości przedmałżeńskiej, na pewno miłość nie równa się współżycie.

      Wiem :)

      Usuń
  4. Karolino, nominowałam Twój blog - zasady są tutaj: http://zycie-i-droga.blogspot.com/2013/08/liebster-blog-award.html

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeszcze taka malutka refleksja na temat przyjaźni z dzieciństwa... Akurat o tym mogę coś powiedzieć. Miałam przyjaciółkę, znałyśmy się z mojej poprzedniej denominacji. Początkowo byłyśmy ze sobą bardzo zżyte, ale przyszedł czas, gdy zaczęło się to zmieniać. A już w ogóle stałam się dla niej człowiekiem "drugiej kategorii" po świadomym chrzcie - sama zresztą się przyznała, że dla niej "konwertyta" to ktoś gorszy. To była pierwsza sprawa.
    Druga rzecz - coraz trudniej było nam się dogadać z powodu różnych, bardzo różnych doświadczeń. Nasz okres dojrzewania, okres nauki w liceum i początku studiów miał miejsce w bardzo różnych środowiskach. A i nasze osobowości zaczęły się zmieniać. Okres liceum i studiów to czas kształtowania się osobowości, dlatego tyle przyjaźni z wcześniejszego okresu wtedy właśnie się urywa. Wiem, że to boli, ale moim zdaniem nie warto zatrzymywać przy sobie ludzi na siłę, bo potem jest tylko gorzej. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń