poniedziałek, 26 sierpnia 2013

czas budowania

Wróciłam znad morza, opalona, uśmiechnięta i stęskniona za domem. To był dobry czas, chyba jedne z ostatnich takich wakacji w moim życiu. Odpoczęłam i przemyślałam dużo (jak to ja)

Tak jak mówi Księga Koheleta, jest "czas burzenia i budowania". Myślę, że ten moment życia, kilka lat po ukończeniu osiemnastki to taki czas budowania. Budowania siebie, swojej osobowości, budowania swojej przyszłości. Szukania drogi, znajdowania powołania, a także układania siebie, przygotowywania do przyszłych zadań. Czas wolności i decyzji, nadziei i obaw.

Zawsze się go bałam. Bałam się odpowiedzialności, tego, co nowe, dorosłości. Chciałam umrzeć Przedtem.
Pedagodzy i nauczyciele zgodnie mówili, że jestem niezwykle dojrzałym dzieckiem. Nie- "mała stara". Bardzo długo bawiłam się w dziecinne zabawy, ganiałam się po korytarzu, nawet biłam się z koleżankami. Ale- sama jestem zaskoczona, jak czytam swoje wypracowania z podstawówki i gimnazjum. Przebywanie z dorosłymi, bycie jedynaczką robi swoje.
Tak czy siak, dorosłości nie chciałam, bo widziałam w niej więcej obowiązków i ograniczeń niż przywilejów.

A teraz- jestem wdzięczna Bogu za to życie, które mi dał. Małe- bo nie jestem stworzona do wielkości. Jestem małym pyłkiem w historii ludzkości i na ogromnym globie ziemskim. Jestem milisekundą wobec trwania wszechświata, czy nawet obiegu Słońca po Drodze Mlecznej.
I jestem też przyszłością, jak to powiedział Jan Paweł II o młodzieży, "przyszłością świata".

***

I jeszcze jedno: czytanie z tej niedzieli, które bardzo mnie dotknęło.

"Bo kogo miłuje Pan, tego karze, chłoszcze zaś każdego, którego za syna przyjmuje. Trwajcież w karności! Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił? (..) Ten zaś czyni to dla naszego dobra, aby nas uczynić uczestnikami swojej świętości. Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości. Dlatego wyprostujcie opadłe ręce i osłabłe kolana! Proste czyńcie ślady nogami, aby kto chromy nie zbłądził, ale był raczej uzdrowiony."

Rodzice mało mnie karcili, Mama trochę krzyczała, ale klapsa dała tylko raz. Babcia raz pobiegła za mną ze szmatą. Zwykle stawało na moim, choć nie byłam jakoś specjalnie niegrzeczna.
W szkole byłam niemal nieustannie chwalona i nagradzana. Biegałam na konkursy, dostawałam świadectwa z paskiem i byłam stawiana za wzór w klasie (nie róbcie tego żadnym dzieciom!)
Wychowana generalnie "bezstresowo".

I słyszę słowa o karceniu Boga.
Nie lubię być posłuszna. Nawet samej siebie nie lubię słuchać. Nie lubię krytyki, odczuwam ją jako ingerencję w moje życie, moje decyzje, moją istotę, moją wolność. A najbardziej nie chcę cierpienia, w żadnej postaci.

Trwać w karności...Czyli słuchać Jego słów. Nie siebie, nie swoich misternie skleconych planów, swojego: "ja uszczęśliwię świat, drugiego człowieka". Ja sama z siebie nic nie mogę. Nic nie możemy.
Przyjąć to, zaakceptować. Ból też. Trudności, chorobę. "To dla naszego dobra". Wiecie, jak moje serce się buntuje? Dla naszego dobra? "Że jak? Ja bym to urządziła całkiem inaczej!"
Nie widzę żadnego "błogiego plonu sprawiedliwości". Koleżanka powiedziała kiedyś: "jednak jest sprawiedliwość", oburzona odpowiedziałam: "nie ma ani trochę sprawiedliwości i nie będzie".

Muszę się upokorzyć. W dobrym tego słowa znaczenia, to też część budowania siebie. Proszę o modlitwę- abym czyniła tak, jak On chce, a nie tak jak ja chcę. Abym zawierzyła i odnalazła powołanie. Bo każdy jakieś powołanie ma.

11 komentarzy:

  1. Jesteś bardzo mądrą dziewczyną, życzę Ci powodzenia.
    Co do drugiej części: moje serce zawsze buntowało się przeciwko takiej indoktrynacji. Kiedy poczułam, że mam jej naprawdę serdecznie dość, zostałam ateistką. Panią swojego losu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Chrześcijaństwo jest trudne, samej mi czasem trudno trwać. Ale Bóg niczego nie zabiera, tak naprawdę to On daje wolność i w pełni uwalnia człowieka. Pragnę być blisko Niego, tak więc pojawiają się na moim blogu różne rozmyślania... w których mogę się bardzo mylić.

      Usuń
    2. Ważne, że myślisz i się zastanawiasz. Masz tę wrażliwość. Błędne wnioski zdarzają się nawet największym filozofom tudzież fizjologom :D

      Usuń
    3. Ważne, że myślisz i się zastanawiasz. Masz tę wrażliwość. Błędne wnioski zdarzają się nawet największym filozofom tudzież fizjologom :D

      Usuń
  2. Uważam, że popadanie w skrajności nigdy nie jest dobre. Ani pycha, ani samoupokorzenie. Myślę, że gdzieś w środku nas, w naszej kulturze tkwią jeszcze wzorce z epoki średniowiecza, kiedy to wzorem chrześcijanina byli bosi, obdarci asceci i mnisi wrzeszczący "memento mori". Tymczasem nie jest to wzorzec biblijny. Prawdziwa pokora to poddanie się Bogu - tylko tyle i aż tyle.
    Ze swoich doświadczeń mogę powiedzieć tyle, że ile razy chciałam "upokorzyć się" sama, to efekt był wręcz odwrotny.
    Co do sprawiedliwości - to tak, w tym świecie jej nie ma i nie będzie. Ale pamiętaj, że my, chrześcijanie, nie tylko w tym świecie mamy nadzieję.
    "Jeśli tylko w tym życiu pokładamy nadzieję w Chrystusie, jesteśmy ze wszystkich ludzi najbardziej pożałowania godni." (1 List do Koryntian 15, 19).
    Ale zmienianie świata najlepiej zacząć od siebie. Nie ma co oczekiwać sprawiedliwości od miliardów ludzi na tym globie. Lepiej samemu zacząć ją stosować... Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może wzorce z średniowiecza były dobre dla ludzi średniowiecza.. Spokojnie, nie zamierzam zakładać włosiennicy. ;)

      Masz rację, efekt może być całkiem odwrotny. Dlatego upokorzenie powinno być przede wszystkim zaufaniem. Powiem Ci, że czuję taki głęboki pokój w sercu. Przekonanie, że wszystko się ułoży. :)

      Pamiętam i dziękuję. :)

      Usuń
  3. To fakt, możemy podać sobie ręce. O mnie też mówiono, że jestem dojrzała jak na swój wiek, bo też jestem jedynaczką. Może tą dojrzałość, wymusiła na mnie trochę choroba, nie wiem. A z dorosłością, jeszcze się oswajam, jest różnie. Jestem trochę starsza od Ciebie, ale też boję się odpowiedzialności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od kiedy weszłam na Twojego bloga, odkryłam, że jesteśmy podobne. ;)

      "Ból jest świętym aniołem - on to bardziej aniżeli wszystkie inne radości tego świata sprawił, iż wielu osiągnęło dojrzałość"
      Adalbert Stifter

      Usuń
  4. Pamiętam, że jako mała dziewczynka zastanawiałam się, rozmyślałam jak to będzie jak będę mieć np. 18 czy 20 lat. Teraz mam te 20 lat. Nie mogę w to uwierzyć. Podobnie tak jak ty szybko dojrzałam, w wieku 15 lat bardziej się usamodzielniłam mieszkając w tygodniu poza domem. To była niesamowita szkoła życia. Szkoła odpowiedzialności za siebie, szkoła duchowa. Dzisiaj niewiele potrzeba mi do osiągnięcia takiej swego rodzaju równowagi. Wystarczy ktoś obok, szczera modlitwa, poczucie bezpieczeństwa. To nieprawdopodobne, bo jako mała dziewczynka wyobrażałam sobie siebie na dyskotece. A dzisiaj? Najmniej potrzebna dla mnie rzecz. Napisałam ci to, abyś wiedziała, że są podobni do ciebie, bo to faktycznie mobilizuje:) Twoje komentarze u mnie dodają mi wiele otuchy, bo w swoim otoczeniu trudno o takie osoby. Wiele musimy jako chrześcijanie znieść, ale widzę w tym sens. Jak czuję się samotna i cierpię, a później modlę, czuję, że to wielka łaska. To sprawia, że walczę, nie poddaję się i nie idę za tłumem. Słucham Boga, bo wiem, że daje mi jakieś znaki do tego by działać w zgodzie ze sobą. Życzę ci abyś i ty doszła do takich wniosków, bo to bardzo pomaga w zrozumieniu tego "karania". Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń