sobota, 28 września 2013

zaczyna się :)

Kraków. Walka z USOS byłaby wygrana, gdyby nie to, że się jeszcze nie skończyła. Mam już nie tylko mieszkanie, ale i miły kącik w mieszkaniu, taki bardzo mój. W moim dziecięcym, słodkim stylu- z misiami, z pościelą w Królewnę Śnieżkę, z lampką i budzikiem... Trochę jak w domu.

Jest dobrze, jest pięknie. Zaczynam nowy rok. Z uśmiechem, o!

wtorek, 24 września 2013

ewangeliczna rewolucja

Na niedzielnej Mszy Św., kiedy czytano Ewangelię, spojrzałyśmy zaskoczone na siebie. Były to słowa: "Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny." Homilia niewiele nam pomogła i wieczorem zaskoczyło mnie stwierdzenie Mamy, której myśli wyraźnie szły tą samą drogą.
- Ale ten rządca wcale nie był wierny. Komu niby? Chyba tylko sobie. Najpierw oszukał bogacza, a później jeszcze bardziej oszukał. Powiedziałabym, że jest nieuczciwy.
- I jeszcze został pochwalony. Dziwne to jakoś.
- Nie był roztropny, tylko zwyczajnie cwany.
- E, zabrał bogatemu, dał biedniejszemu. Jak Janosik.
- Czyli dla siebie kraść nieładnie...
-... a dla bliźnich już można.
- To niemal pochwała rewolucji.
- Sprawdźmy w Piśmie Świętym. Na pewno coś źle zrozumiałyśmy.

 "«Pewien bogaty człowiek miał rządcę, którego oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek.
Przywołał go do siebie i rzekł mu: "Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego zarządu, bo już nie będziesz mógł być rządcą".
Na to rządca rzekł sam do siebie: "Co ja pocznę, skoro mój pan pozbawia mię zarządu? Kopać nie mogę, żebrać się wstydzę.
Wiem, co uczynię, żeby mię ludzie przyjęli do swoich domów, gdy będę usunięty z zarządu".
Przywołał więc do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: "Ile jesteś winien mojemu panu?"
Ten odpowiedział: "Sto beczek oliwy". On mu rzekł: "Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz: pięćdziesiąt".
Następnie pytał drugiego: "A ty ile jesteś winien?" Ten odrzekł: "Sto korcy pszenicy". Mówi mu: "Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt".
Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił. Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światłości».

- Dalej wydaje mi się nieuczciwy, a nie roztropny.
- Mi też. To jakby sprzeczne z innymi fragmentami. Może Łukasz coś przekręcił?

 "Rządca nie został skrytykowany, przez co możemy zrozumieć, że nie jesteśmy bogaczami, ale raczej rządcami cudzego majątku." św. Ambroży, IVw., wykład Ewangelii Łukasza

-Rozumiem. Jak u Kochanowskiego: "bo to wszytko Twoje, /Cokolwiek na tym świecie człowiek mieni swoje." Wszystko należy do Boga, a nam się wydaje, że coś jest nasze. A jesteśmy tylko zarządcami majątku Boga.

My tylko zarządzamy Bożymi dobrami. 
Po co mamy pieniądze, złą mamonę? Do pozyskiwania przyjaciół. Nie do gromadzenia na koncie, wydawania na pierdoły i pokazywania się przed drugimi. Ale- do dawania drugim, po to, aby stali się oni naszymi przyjaciółmi- abyśmy poszli do nieba. Biedni i bogaci. 
Ta nauka jest rewolucyjna. Ale w innym sensie niż myślałam na początku.

"Ja też wam powiadam: "Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków.
Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie.
Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy?
Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze?
Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie»."

I to zarządzanie, to dawanie drugim- Jezus nazywa drobną rzeczą. Jeśli spojrzymy pod kątem męczenników, którzy oddawali życie za wiarę- faktycznie jest drobna.

A co, gdy ktoś nie umie dobrze zarządzać?
"Uważajcie więc, jak słuchacie. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, temu zabiorą i to, co mu się wydaje, że ma"
 Bo bogaczowi tylko wydaje się, że ma.

"Zresztą nie jest to nasze, czego z sobą zabrać nie możemy. Tylko cnota jest towarzyszką zmarłych. Tylko miłosierdzie - niby wódz - nas poprzedza i prowadzi do niebiańskich mieszkań. Za nędzne pieniądze można zyskać po śmierci wieczne przybytki. Sam Pan o tym świadczy: «Czyńcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby przyjęto was do wiecznych przybytków». Dobry więc i zbawienny to nakaz, to zachęcanie chciwców, aby starali się to co znikome zastąpić tym co wieczne, a to co ziemskie - tym co nadprzyrodzone" św. Ambroży

I głupie jest gadanie, że jak ktoś jest obrotniejszy, zaradniejszy, zdolniejszy- to mu się więcej należy. Może się tylko cieszyć, bo dzięki temu może więcej dać- albo inaczej ma większy majątek Boga do zarządzania.

„Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą.”

***
Jeśli źle rozumiem, proszę mnie poprawić. :)

piątek, 20 września 2013

kasztany jesienne

Zebrałam kasztany, aby każdy z nich uścisnąć w dłoni. W tamtym roku kwitły dla mnie, budząc we mnie zdumiewające poczucie, że moje życie nie skończy się wraz z pełnoletnością i zdaniem matury, jak mimowolnie i podświadomie myślałam w dzieciństwie. Ono kolejny raz mnie zaskoczyło, zostawiając mnie samą i bezradną na progu dorosłego życia, mówiąc, że mam odnaleźć w nim sens, bo on jest, nawet jeżeli jest on ukryty głęboko pod pozornymi niepowodzeniami, całym roztargnieniem i smutkiem.


Kiedyś miałam zajmować się pisaniem, a było to wtedy, gdy byłam jedenastoletnią dziewczynką zakochaną w książkach. Jak mogłabym robić coś innego niż być bogiem stworzonego przez siebie świata? P. wierzy we mnie, Mama zawsze wierzyła, ja... zbieram kasztany. Szukam tego, czemu mogłabym poświęcić siebie w swoich słowach i odkrywaniu duszy. Głupi strach wzbrania mi wyciągnąć z szuflady część siebie.

Oczyszczam kasztany z ziemi, opłukuję w umywalce, czekam aż wyschną. Tak, kiedyś się za siebie wezmę. Obiecuję.

***
Dziękuję za wsparcie pod poprzednim postem. Poczułam się o wiele, wiele lepiej. Dziękuję :D

piątek, 13 września 2013

dzień do kitu

Mam zły dzień, bardzo zły.

Pojechałam do Krakowa w celu załatwienia paru spraw, oczywiście ze wszystkim średnio wyszło i mam teraz średni humor. Mało kiedy coś mi się udaje.
Mój wujek opowiadał wczoraj o synu znajomych, jak to studiuje na politechnice, jest najlepszy na roku, dużo się uczy, udziela, płaci mało za mieszkania, bo wszystko potrafi załatwić. Co i rusz słucham o takich osobach. Medycyna, stomatologia, politechnika, same sukcesy i pełno zainteresowań- to dzieci znajomych i rodziny.
Jestem jakaś wybrakowana. Tylko, co poradzę na moje zamiłowania humanistyczne połączone wraz z ogólnym nieogarnięciem? Zawodzę rodzinę na całej linii. Wiem to.

Nawet K. widzi moje nieogarnięcie. Co Ty zawsze taka zakochana? Ludzi nie widzisz? Nowego sklepu nie widzisz? I nie słyszałaś o tym i owym? To przecież ja, znasz mnie.
A jak mi wszystko leci z rąk! Kelnerką bym była znakomitą- zupę zawsze rozleję, widelec mi spadnie- koniec świata normalnie. Często odczuwam jakbym była senna albo działała w śnie. Nie widzę dokładnie wszystkiego, poruszam się we mgle, nie mogę sobie poradzić. Czasem myślę, że to jakaś choroba...

Nie ogarniam. Nigdy nie ogarniałam. Boję się życia, bardzo. Szybko ulatuje czas młodości- i tak wiele przejdzie mi koło nosa, ale teksty "zmobilizuj się"- chyba nie są dla mnie. Ciężko mi być sobą. Nie lubię ciała, czuję się w nim uwięziona. (Patrzę do lustra i widzę całkiem ładną dziewczynę- więc to nie kompleksy!). Jestem niekonsekwentna i mam słomiany zapał. Czuję się mało lubiana i mało potrzebna. Nic dziwnego, że nie umiem zadbać o relacje. W ogóle mało umiem.

A niby mam wszystko.
(tak, mam też łzy w oczach, głupia ja)

(i przepraszam za to smęcenie, ale czasem nie mogę już...)

czwartek, 12 września 2013

mały antykwariat

Miałam tyle pomysłów na notki, ale gdy wróciłam... zapomniałam, co właściwie miałam napisać. Po prostu nie mam weny ani chęci- co jest dziwne jak na mnie. ;)
Zabijam czas przeglądaniem biblioteczki i odkryłam, że jest wiele książek, których bym się pozbyła. Są to nieaktualne podręczniki szkolne, książki kupione za grosze, a potem nieprzeczytane, a także bardzo ładne nowe książki, które przeczytałam ledwie raz i od tego czasu leżą i się kurzą. Sterty książek, stojących pod biblioteczką i na środku pokoju (bo już w biblioteczce się nie mieszczą) irytują mnie, kłócą się z moim minimalistycznym podejściem do życia, chęcią uporządkowania, schludności i przestrzeni.

 

Co zrobić z niepotrzebnymi książkami?
1. Do pieca na podpałkę (trochę mi szkoda).
2. Oddać za darmo do "uwolnij książkę"/biblioteki.
3. Sprzedać na allegro, gumtree, tablicy (warto? będzie jakiś zarobek?).
4. Macie inny pomysł?

Najbardziej mi chyba szkoda moich całkiem nowych repetytoriów i podręczników, które już nie są używane w szkołach, a "uczniowie nawet podręczników nie czytają" (pan w antykwariacie, który nie chciał ode mnie nic kupić).