piątek, 10 października 2014

absurd goni absurd

Dawno mnie tutaj nie było. Wątpię, czy moi dawni czytelnicy trafią na mojego bloga, na którego się "nawróciłam". Sama nie wiem, czy na długo. Właśnie teraz przyszła ochota napisać, to piszę. Przyczyną są poniekąd ciekawe historie, jakie dzieją się u mnie na uczelni - stąd tytuł posta.

Mam koleżankę, znajomą z roku, która w ostatnim czasie miała wiele trudnych przejść. Kiedy umówiłyśmy się na kawę w wakacje, jej przemiana zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Wcześniej bywała trochę arogancka i kłótliwa, a przebywanie z nią nie było zbyt łatwe, stąd nasze kontakty były znikome. Aż tu nagle - zmieniła się. Była nadzwyczaj miła, mówiła pozytywnie o świecie, wszystko ją zachwycało. Wcześniej była typowym antyklerykałem i agnostykiem, w wakacje zaczęła mówić, że Bóg na pewno istnieje, że ona zacznie się modlić i chodzić do kościoła. Napawało mnie to wielką radością i przypominałam sobie odwieczną prawdę, że Bóg z każdej sytuacji może wyciągnąć dobro, największe. Nawet z tak przykrych i tragicznych przeżyć, jakie miała koleżanka D.

Ale tu czas na zwrot akcji. D. postanowiła czynić dobro, kochać wszystkich ludzi i służyć im pomocą. Jej zadziwiająca postawa zawstydzała mnie, niby przykładną katoliczkę, a jednak obojętną na problemy wielu ludzi. O jej uczynkach mogliśmy dowiedzieć się z facebooka regularnie. Zamieszczała zdjęcia kanapek, które rozdaje bezdomnym, zabawek, które zawiozła do szpitala, ludzi, których wsparła. Pojawiło się grono jej wielbicieli. Zazdrosna ja (zazdrość w najgorszej postaci - jak można zazdrościć komuś dobrej woli i dobrych uczynków? a jednak teraz... uważam, że dobrze się stało, ze tak do tego podeszłam) traktowałam to z dystansem.

Sprawa ze szpitalem stała się o tyle skomplikowana, że D. wchodziła bez pozwolenia na oddział i odmawiała wyjścia, kiedy domagał się tego od niej personel. Skierowano ją do wolontariatu, lecz zanim D. załatwiła wszystkie papiery, dalej chciała wchodzić na oddział. Po tych doświadczeniach zarząd szpitala nie zgodził się na jej wolontariat. D. oburzona, chce pisać odwołanie. Wszystko, oczywiście, można było przeczytać na fb. Na propozycje: może zdecydujesz się na wolontariat gdzie indziej, atakowała ad personam.

Co dalej... parę dni później pojawił się kolejny post, pomiędzy innymi wrzucanymi kilka razy dziennie, co też dobrego spotkało ją i jaki świat jest piękny. Dotyczył jej najbliższych przyjaciółek, dziewcząt bardzo, ale to bardzo fajnych i inteligentnych. Że są brutusami, że zdradzłyi ją - napisały do jej mamy, że chyba ma pewne problemy psychiczne. Zaskoczyło mnie to.

Ale nie czekałam długo na to, co najbardziej mnie zaskoczyło i jednocześnie przybiło. D. napisała, że zachorowała na raka. Publicznie, na facebooku.

Tego dnia długo nie mogłam się otrząsnąć. Było mi bardzo głupio, smutno i... no aż trudno powiedzieć, co czułam. Cały wieczór pochlipywałam, a P.  próbował mnie pocieszyć. W końcu P. wpadł na pomysł, żeby się skontaktować z jedną z przyjaciółek (teraz właściwie byłych przyjaciółek), co wiedzą na ten temat. Później także ja rozmawiałam z drugą z nich.

Zanim napisały pamiętną wiadomość do jej mamy, D. szantażowała je, że jeśli nie przyjdą na spotkanie, ona "upokorzy je publicznie". Mówiła do nich, że jest "wzorem do naśladowania", a one powinny "ponieść karę", po czym wydobywała brudy z przeszłości, co o nich wie. Temat raka omijała, zamiast tego powiedziała, że "jest Bogiem i przyszła rozwiązać ich problemy". Tak samo zachowywała się też wobec jeszcze innych znajomych, zamieszczając potem ich prywatne, bardzo prywatne, sercowe sprawy na facebooku.

D. Facebook. Rak? Choroba psychiczna? Inne?
Stąd tytuł posta. Absurd goni absurd. NIE WIEM JUŻ NIC.

Przyszła mi tylko jedna myśl.  Może D. zabrakło we wszystkim pokory? Przekonania "ja też jestem grzesznikiem" i "niech nie wie ręka prawa, co czyni lewa"? Albo nie możemy być dobrzy bez Łaski? Albo... naprawdę nie wiem.  Jestem za głupia na to wszystko.

***
A co u mnie? Właściwie dobrze, studiuję na trzecim roku, a praca licencjacka straszy mnie swoją nazwą. Nie będę jednak już o tym pisać, bo notka jest już wystarczająco długa.